poniedziałek, 8 grudnia 2008

orange day...

Nie wiem jak to jest: szafa (a raczej szafy) praktycznie pękają w szwach, a ja i tak co rano dłuuugo zastanawiam się, co na siebie włożyć i narzekam, że nic mi się nie podoba...
Staram się każdego dnia wymyślić zestaw, który będzie odzwierciedlał mój humor, nastawienie i który będzie pasował do mojej osobowości.
Niejeden powiedziałby, że "strojenie się", poświęcanie tak dużo czasu na kupowanie, porządkowanie ubrań, na oglądanie blogów i stron o modzie jest próżne lub że to strata czasu.
Ale ja, gdy jestem "dobrze" ubrana albo raczej - gdy jestem ubrana tak, że strój jest jakby moją drugą skórą mogę "zawojować" cały świat. Strój nie musi się podobać innym, może być krytykowany czy obśmiewany, może być komplementowany ( co oczywiście jest niezwykle miłe) ale musi tworzyć całość wraz ze mną. Nie uważam, że jestem próżna. Znalazłam po prostu balsam dla swojej duszy.




Zakochałam się w tej bluzce jak tylko zobaczyłam ją na wieszaku pomiędzy innymi białymi i szarymi bluzkami... Wiedziałam, że muszę ją kupić i szybko gdzieś się w niej wybrać. Mimo lekkiego chłodu jaki odczuwałam,stwierdzam,że spełniła w pełni moje ostatnie pragnienia.

shirt-sh
shoes-allegro

3 komentarze:

Doll of porcelain pisze...

Zgadzam sie z Toba- nie ma w tym nic z proznosci czy trywialnosci, juz nieraz podkreslalam, ze dla mnie blog jest jak "rehab" ;) Swietne buty i koszula tez bardzo ciekawa!

Mimi pisze...

nice blouse.

Aube pisze...

Idealny zestaw. Fantazyjna bluzka w ostrym kolorze, proste jeansy i musztardowe saszki.
Idealnie.

Prześlij komentarz